poniedziałek, 4 listopada 2013

Nie dajcie się jesiennej depresji - zacznijcie biegać ;)

Nie będę Wam kolejny raz marudzić, że w październiku znowu dopadły mnie choróbska, tym razem zapalenie zatok, antybiotyk i jak tu biegać? Więc nie biegałam, robiłam się za to, coraz bardziej zmęczona, przygnębiona i poirytowana. Byłam przekonana, że to przez to chorowanie (bo ileż można, no naprawdę!), ale koleżanka z którą biegam też zauważyła, że ma tak samo.  Nawet jeszcze gorzej bo dodatkowo przybyło jej trochę tu i ówdzie. Na szczęście na biadoleniu się nie skończyło i któregoś wieczora poszłyśmy po prostu biegać. Znalazłyśmy sobie nową fajną trasę, której przebiegnięcie zajmuje nam ok 30 minut. Muszę Wam powiedzieć, że humor zmienił mi się diametralnie. Zmęczenie i przygnębienie przeszło jak ręką odjął, a i zdenerwować mnie już nie tak łatwo.

Treningi październik:

- bieganie - 5 treningów
- rower stacjonarny - 2 treningi
- zumba dla amatorów-samouków - 1 trening

Może nie jest to wiele, ale już kolejny raz się przekonałam, że bieganie jest dobre na wszystko ;). Mam nadzieję, że w listopadzie pójdzie mi lepiej i że śnieg za szybko nie spadnie :).

A tak wyglądają moje buty po bieganiu ;), chodników u mnie niewiele, czasem trzeba biegać i w błocie :).


Jak sobie radzicie z jesienna chandrą? Ćwiczycie, czy macie inne sposoby?


piątek, 1 listopada 2013

Garnier Fructis, Goodbye Damage, Szampon wzmacniający do włosów bardzo zniszczonych, z rozdwojonymi końcówkami.

Zacznę może od tego, że absolutnie nie wierzę w to, że szampon naprawi zniszczone końcówki włosów. Nie ma się co czarować, rozdwojonych końcówek nic nie sklei, nie radzą sobie z nimi odżywki, maski i inne cuda, a co dopiero szampon. Na rozdwojone, zniszczone końcówki jest tylko jedna rada - nożyczki. Jeśli już sobie to uświadomimy, wtedy możemy przejść do oceny szamponu. Ja będę mogła wam napisać, że jest dość przyzwoity, a Wy jeśli będziecie miały ochotę możecie to sprawdzić, na własnych włosach.


Obietnice producenta: (mimo iż, ustaliliśmy już na początku, że można je między bajki włożyć;))


Silnie działająca formuła wzbogacona o Keraphyll i olejek z owoców amli naprawia zniszczone włosy od wewnątrz i wypełnia ich ubytki. 


Skład: 


Moja ocena:

Goodbye Damage jest zamknięty w typowej dla szamponów Fructis butelce. Ta seria jest utrzymana w pomarańczowej kolorystyce. Konsystencja jest dość gęsta, kolor biały, perłowy. Szampon ma ładny i bardzo przyjemny zapach, który utrzymuje się na włosach.




Jest wydajny, dobrze się pieni. U mnie nie powoduje obciążania włosów. Po pierwszym myciu nie byłam z niego zadowolona, włosy były twarde i szorstkie, sytuację ratowało dopiero użycie odżywki. W miarę stosowania uległo to poprawie, włosy się pewnie przyzwyczaiły i mycie stawało się coraz bardziej przyjemne. Zatem co robi szampon Goodbye Damage skoro nie naprawia rozdwojonych końcówek? A no robi to, co szampon robić powinien - całkiem dobrze myje włosy. Po dłuższym stosowaniu wizualnie poprawia ich wygląd, nie znaczy to, że je odżywia. Dodatkowo nie podrażnia skóry głowy nie powoduje swędzenia czy łupieżu, a u mnie z tym jest spory problem. Włosy są świeże, błyszczące i ładnie pachną. Z tej serii miałam tylko szampon, może gdybym używała, też innych produktów efekt byłby o wiele lepszy. Mam jeszcze ochotę na odżywkę, tę w tubie Goodbye Damage, bo podobno jest świetna.

Miałyście może okazję używać serii Goodbye Damage? Które produkty szczególnie polecacie? 


środa, 30 października 2013

Przegląd poczty - czyli co mi przyniósł listonosz w tym tygodniu :)?

W tym miesiącu nie robiłam dużych zakupów. I to jest oficjalna wersja, której mam zamiar się trzymać przynajmniej póki się da ;). Jednak, nie znaczy to, że nic nowego mi nie przybyło. Część nowości już Wam pokazywałam, części nie pokaże, bo powoli dojrzewam do pierwszego na blogu konkursu i przeznaczę je na ten cel. Resztą natomiast z przyjemnością się pochwalę.


Najwięcej nowości to wygrana w konkursie na blogu Fabryka Urody, zwłaszcza, że dziewczyny dorzuciły jeszcze coś od siebie:). Dzięki Ania i Paulina :). Pierwsze w ruch poszły mydełka, których dzieci były bardzo ciekawe:), a ja siedzę sobie z maseczką miodowo-orzechową na twarzy :).








A tu już moje maleńkie zakupy:). Kredka do ust i róż clinique oraz peeling Galenic.



Biorę się za testowanie i ciekawa jestem czy coś z moich nowości szczególnie wpadło Wam w oko? Czego jesteście ciekawe w pierwszej kolejności?


poniedziałek, 28 października 2013

Regeneracja włosów u fryzjera - inwestować czy nie ?

Ciągle walczę o to, żeby moje włosy wyglądały przyzwoicie.  Szampony, maski, odżywki, wcierki, oleje! I co ? I nic. Włosy, może nie są tragiczne, a ja wolałabym nie dopuścić do stanu kiedy takie będą. Skoro pielęgnacja w domu nie daje rady zastanawiam się nad regeneracją włosów u fryzjera. 

Koleżanka poleciła mi ostatnio 4 stopniową odbudowę włosów kosmetykami firmy Joico, przeprowadzaną w salonie fryzjerski. Ona właśnie w ten sposób uratowała swoje włosy. Uzupełnieniem tej kuracji są oczywiście szampony i odżywki Joico, których używamy już w domu. 



Czytam opinie o tej kuracji i są skrajnie różne, jedni są zachwyceni, a inni nie widzą żadnych rezultatów. Wszystko zależy podobno od tego na jaki salon fryzjerski i konkretnego fryzjera trafimy. Żebym mogła sobie choć troszkę wyrobić opinię o tych kosmetykach dostałam do wypróbowanie szampon i odżywkę Joiko K-pak. Używałam ich przez ok 2 tygodnie. Po pierwszym myciu włosów nie widziałam absolutnie żadnego efektu, oprócz tego, że włosy szybciej się przetłuszczały i trzeba było je umyć już na drugi dzień. Jednak z każdym kolejnym myciem było coraz lepiej. Włosy stawały się bardziej zadbane, sypkie i błyszczące. Co prawda efekt nie rzucił mnie na kolana, ale zaciekawił mnie na tyle, że miałabym ochotę spróbować. Niestety cena takiego zabiegu nie jest mała, zwłaszcza, że nie wystarczy zrobić go raz. Zastanawiam się więc, czy warto. I tutaj mam pytanie do Was.
 
Przeprowadzałyście może taką regenerację u fryzjera? Byłyście zadowolone z  efektów? Nie chodzi mi tylko o regenerację kosmetykami Joico, jeśli polecacie inne kuracje, to też chętnie się dowiem.


piątek, 25 października 2013

Krótka historia o kiepskim Eyeliner Pen Essence.

Na eyeliner w pisaku od Essence skusiłam się jakiś czas temu, w trakcie zakupów w Super Pharm. Mam już swój ulubiony eyeliner od Bobby Brown, w kolorze granatowym. Sami rozumiecie, że potrzebowałam jeszcze czarnego eyelinera, bo przecież granatowy nie zawsze pasuje. Essence, co wydało mi się bardzo fajne i wygodne ma formę pisaka, więc tym bardziej mnie zainteresował. Zaraz po zakupie byłam nim zachwycona, pisałam Wam nawet o tym, jednak w miarę używania, mój zachwyt słabł, a pojawiało się rozczarowanie.


Na początku pisak malował bardzo przyzwoicie. Kreski były mocne i napigmentowane, raczej grusze, bo jak się okazało wcale nie dało się nim robić cieniutkich kreseczek. Używałam go przez jakiś czas i potem na chwile o nim zapomniałam. Kiedy otworzyłam go ponownie, na końcówce pisaka był szarawy nalot. Wydaje mi się, że mogła to być pleśń. Miałyście może z czymś takim do czynienia?.




Końcówkę pisaka przetarłam chustką higieniczną, nalot zniknął, ale ja bałam się już nałożyć eyeliner na powiekę. Zresztą nie było czego nakładać, bo pisak prawie całkowicie stracił kolor. Zobaczcie sami.



Jasna kreska to jedna warstwa, grubsza dwie. Efektu nie trzeba chyba komentować. Przeglądam właśnie opinie o nim i cóż szkoda, że nie zrobiłam tego przed zakupem. Wiele dziewczyn pisze właśnie, że były zachwycone pierwszymi paroma użyciami, a potem eyeliner szybko wysechł i stracił kolor. Całe szczęście kosztował niewiele, bo ok 12 zł, ale i tego nie warto wydać na tak mizerny efekt!.

Miałyście może ten eyeliner? Jak się u Was sprawdził? Polecicie mi może coś bardziej przyzwoitego w zastępstwie?


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...