czwartek, 7 sierpnia 2014

Ulubione w lipcu :)

Tym razem bez zbędnego marudzenia zapraszam Was na ulubieńców lipca. Kilku odkryłam dopiero w tym miesiącu, inne były ze mną już jakiś czas i dopiero teraz używałam ich najczęściej, a jeden lubię od dawna i zupełnie nie wiem czemu do tej pory nie znalazł się jeszcze w ulubieńcach.

Szczotka a'la TT.



Szczotka kupiona w Biedronce za 15 zł jako dodatek do suplementu diety ze skrzypem. Jest plastikowa i bardzo lekka. Wygodnie się nią czesze, dobrze leży w dłoni, nie zdarza mi się żeby wypadała z ręki, ale przede wszystkim świetnie rozczesuje włosy. Nie ważne czy są mokre czy suche, nie mam już problemu z rozczesaniem. Nie ciągnie i nie szarpie włosów. Moja córka w końcu nie ucieka przed czesaniem, a w trakcie obywa się bez krzyków i płaczu. Nie mam porównania do oryginalnej TT, ale skora ta sprawdza się tak dobrze, zastanawiam się czy jest sens kupować oryginalną TT.

Rombalsam krem nawilżająco - pielęgnacyjny o właściwościach zmiękczających z mocznikiem i oliwa z oliwek.


Szukałam czegoś na mocno przesuszoną skórę stóp i między innymi ten krem zaproponowano mi w aptece. Nie kosztował wiele, więc się zdecydowałam. Zawiera on 30% mocznika oraz oliwę z oliwek. Jest dość tłusty i trzeba poczekać, aż się wchłonie. Zostawia także warstewkę na skórze, natomiast świetnie zmiękcza i wygładza skórę. Radzi sobie nawet z mocniejszym przesuszeniem. Smaruje nim stopy, dłonie oraz łydki i wyglądają one od tej pory o wiele lepiej. Jednak trzeba go używać systematycznie.

Gąbka do mycia twarzy Oriflame.


To jedna z tych gąbek, które suche są bardzo sztywne i twarde. Mięknie dopiero pod wpływem wody. Bardzo przyjemnie myje się nią buzię, mam wrażenie, że dzięki temu, że jej używam skóra jest bardziej oczyszczona. Trzeba jednak pamiętać o dokładnym wymyciu i wysuszeniu gąbki zaraz po użyciu, oraz o w miarę częstej wymianie.

Avon glimmerstick brights kredka do oczu tourquoise burst.



Ostatnio bardzo lubię do moich nudnych beżowo brązowych makijaży dodawać kolorowe akcenty i ta kredka świetnie się do tego nadaje. Jest miękka, dobrze napigmentowana oraz dość trwała. Nie rozmazuje się i świetnie się trzyma praktycznie cały dzień. Wybrałam sobie piękny turkusowy kolor, ale mam ochotę jeszcze na niebieski.

Bielenda bikini dwufazowy przyspieszacz opalania.

Wiadomo ze opalanie jest niezdrowe, dlatego im mniej tym lepiej. Z drugiej strony bardzo podoba mi się opalona skóra, dlatego postanowiłam zaopatrzyć się w przyspieszacz opalania. Wybrałam ten Bielendy ze względu na rozpylacz. Ma on bardzo niską ochronę 6 SPF dlatego czasem używam go na  inny filtr. Atomizer działa świetnie dopóki nie mamy mokrych rąk, potem jest już ciężko. Jednak warto się pomęczyć bo produkt ten rzeczywiście przyspiesza opalanie. Spryskałam nim nogi i wieczorem było widać wyraźne odcięcie między skórą opaloną, a tą która była schowana pod spodenkami. Opalenizna jest ładna brązowa. 

Organique czarne mydło.


Dostałam je od koleżanki, która była zachwycona jego działaniem. Mnie także bardzo przypadło do gustu, bo jak nic innego świetnie oczyszcza moją skórę. Wygląda i pachnie jak smar, jest dość gęste, ale wystarczy nabrać odrobinę i rozetrzeć w mokrych dłoniach, a potem umyć twarz. Skóra jest tak czysta, aż piszczy, a dodatkowo wygładzona i naprawdę dobrze oczyszczona. Nie jest przy tym nadmiernie ściągnięta. Zupełnie nie wiem czemu jeszcze do tej pory nie znalazło się w ulubieńcach.

Znacie produkty które Wam pokazałam, a może wypatrzyliście coś na co macie ochotę. Ciekawa jestem co Was zachwyciło w lipcu.


niedziela, 3 sierpnia 2014

Podpalane ombre - czyli w końcu jest nowa fryzura:)

Niedawno pisałam Wam, że mam zamiar zrobić coś z włosami. Miały być albo refleksy albo ombre, a w trakcie zdecydowałam się na to i na to. Podobno moje włosy się bardzo ładnie rozjaśniają, dlatego w tej chwili mam tylko nałożoną farbę na odrosty plus rozjaśniacz na końce i refleksy. Na rozjaśnione włosy miała być nakładana jeszcze farba, ale ponieważ kolor po samym rozjaśniaczu wyszedł w miarę fajny, na razie jej nie nakładałyśmy.


Przed farbowaniem:







A tutaj już efekt po :







Dwa dni później:







Na razie jestem na etapie oswajania się z nowymi włosami, bo nigdy nie miałam takich jasnych.Ten kolor podobno pasuje do moich oczu, jak myślicie?


Jak Wam się podoba takie podpalane ombre? Zostawić już tak jak jest, czy jeszcze kombinować ze zmianą koloru końcówek?


Jeśli macie ochotę to bardzo proszę zagłosujcie na moją recenzję masełka The Body Shop :)


środa, 30 lipca 2014

The Body Shop - masło, które robi różnicę ? ;).

Jeśli mnie już trochę znacie to wiecie, że smarowidła do ciała to nie moja bajka. Oczywiście to nie jest tak, że nie mam (mam i to sporo) i kompletnie nie używam. Raczej używanie takowych nie powoduje u mnie przyspieszonego bicia serca. Dzieje się tak dlatego że rzadko trafiam na coś co mnie zachwyca, bo albo  się nie wchłania, albo nie nawilża, albo oblepia tłustą warstwą. Jednak raz na jakiś czas spotykam na swojej drodze perełkę, która daje mi nadzieję. Czasem jest to miłość od pierwszego wejrzenia, a czasem rozkwita dopiero po czasie. Ostatnio mam jednak szczęście do tego typu produktów i mimo, że dopiero połowa roku za nami ja trafiłam już na drugi produkt do ciała, którym zwyczajnie chce mi się smarować. Tym bardziej się cieszę, że zostałam jedną z 200 testerek masła do ciała Wild Argan Oil The Body Shop.



Masło jest zamknięta wygodnym plastikowym słoiczku, z zakręcanym wieczkiem. Do testów otrzymałam 50 ml produktu. Pierwsze co mnie zachwyciło to jego konsystencja, jest gęsta, zbita i rzeczywiście maślana, nie ma jednak żadnego problemu ani z nabraniem masła ani z jego rozsmarowaniem na skórze. Wchłania się zadziwiająco szybko, przez co używanie go jest wyjątkowo komfortowe.






Niby pozostawia na skórze ochronną powłoczkę, ale nie jest ona tłusta, czy lepiąca, daje za to poczucie komfortu i dopieszczenia skóry.  Tym właśnie uwiodło mnie masło The Body Shop Wild Argan Oil, bo skóra po jego użyciu jest naprawdę odmieniona. Miękka, elastyczna, gładka i cudownie odżywiona. Staje się bardziej gęsta i jędrna. Masełko świetnie poradziło sobie z moim odwiecznym problemem - czyli przesuszoną po depilacji skórą na łydkach.

Idealnie sprawdza się tam, gdzie skóra wyjątkowo nam się przesusza, czyli na łokciach kolanach dłoniach i stopach. Zabrałam je ze sobą na weekendowy wyjazd i zastąpiło mi zarówno balsam jak i krem do rąk i stóp. Kiedy wieczorem okazało się, że nie zabrałam ze sobą żadnego kremu na noc, także twarz posmarowałam masełkiem arganowym. Rano skóra była ładna i wypoczęta, chociaż się świeciła, jednak masełko jest bardzo odżywcze, a moja skóra szczególnie latem bardzo tłusta. Natomiast nie pojawiły się ani wypryski ani inne przykre niespodzianki.

Skład Wild Argan Oil przestawia się następująco:



Muszę jeszcze wspomnieć o zapachu masełka, bo ten jest dość specyficzny dla mnie mocny i odrobinę tajemniczy. Nie wiem do czego go porównać, początkowo skojarzył mi się z wieczorowymi perfumami i myślałam, że przy 30 stopniowych temperaturach się nie polubimy. Jednak po paru użyciach mój nos się do niego przyzwyczaił i teraz zapach wydaje mi się dość delikatny, także spokojnie mogę go nosić nawet w trakcie upałów.

Podsumowując Wild Argan Oil to masło naprawdę warte uwagi, ma świetną konsystencję, ładnie się rozsmarowuje i wchłania. Chroni i regeneruje skórę tak, że naprawdę widać różnicę, dzięki czemu używanie go to sama przyjemność. Pozostaje mi tylko żałować, że masło już mi się kończy, ale podobno w Krakowie  The Body Shop, można spotkać w Douglasach.


 Nawet pszczółki polubiły to masełko ;)





Prawdę mówiąc byłam raczej pewna, że masło tak samo jak wiele innych nie zrobi na mnie wrażenia, na szczęście stało się inaczej. Dzięki The Body Shop Poland- czuję się przekonana :).


Jeśli spodobała się Wam moja recenzja zagłosujcie na mnie proszę , wystarczy kliknąć w obrazek poniżej.


poniedziałek, 28 lipca 2014

Turkus i granat w roli głównej, czyli makijaż z kolorowym akcentem :).

Ten makijaż pokazywałam Wam już w piątek na Instagramie. Od razu zaznaczam, że nie jestem mistrzynią makijażu, dlatego też rzadko je pokazuje. Jednak ostatnio bardzo podobają mi się makijaże z kolorowym akcentem i sama postanowiłam zacząć się tak malować.Teraz bardzo często do uwielbianych przeze mnie brązów i beżu dodaję kolorową, a czasem nawet dwukolorową kreskę, zwykle łączę turkus z granatem i niesamowicie mi się takie zestawienie podoba.











Do wykonania makijażu użyłam:

Twarz: 
  • Podkład Vichy Dermablend 25 Nude
  • Puder w kamieniu Rimmel 400 Natural beige
  • Puder brązujący Soleil Tan De Chanel 917 Sable Rose
  • Róż Clinique 108 Cupid
Oczy:
  • Baza pod cienie Esence
  • Cień Chanel 82 Emerveille
  • Paletka Catrice 040 Never Let Me Go!
  • Kaszmirowy Cień FM Wenge Wood
  • Kredka do oczu Avon Glimmerstick Brights turquoise brust.
  • Żelowy eyeliner Bobbi Brown Denin Ink 28
  • Tusz do rzęs L'oreal Volume Million Lashes So Couture
 Usta:
  • Pomadka Dior Addict 578.

Jak Wam się podoba taki makijaż? Lubicie takie kolorowe akcenty w makijażu?




czwartek, 24 lipca 2014

Carmex - pomadka, która ratuje usta ?

Nawilżający balsam do ust Carmex kupiłam dawno temu, ale jakoś do tej pory nie było okazji, żeby Wam o niej wspomnieć. Jednak kiedy ostatnio moje usta znowu były przesuszone, przypomniałam sobie o niej i znowu zaczęłam używać.




Obietnice producenta oraz skład:




Moja opinia:

O pomadce Carmex czytałam mnóstwo opinii, jedni ją uwielbiają i wychwalają, inni twierdzą, że to samo zło i robi więcej szkody, niż przynosi pożytku. Jeśli jesteście ciekawi do jakiej grupy ja się zaliczam, zapraszam do dalszego czytania. 

Pomadka jest nie duża i poręczna, wykręca się ją od dołu i ściąga tylko niewielką zatyczkę z góry. W przypadku pomadek ochronnych wolę takie rozwiązanie, bo wtedy bardziej mogę kontrolować to ile pomadki wykręcam i nie ma obawy że się przypadkowo złamie. Z pomadkami ochronnymi  w tradycyjnych opakowaniach dzieje mi się tak bardzo często, szczególnie kiedy wpadną w rączki dzieci.



Mam wersję waniliowa i rzeczywiście pachnie wanilią i mentolem. Właśnie ten mentol był dal mnie najbardziej zaskakujący. Myślę że to właśnie dzięki niemu zaraz po pomalowaniu na ustach czuć delikatne mrowienie. Pomadka daje też uczucie chłodu. Jest bezbarwna,  za to wyraźnie czuć ją na ustach. Mnie zupełnie to nie przeszkadza i nawet to polubiłam. Zresztą po jakimś czasie się wchłania, a usta są wyraźnie nawilżone i mięciutkie. Suche skórki znikają w błyskawicznym tempie.


Muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona działaniem tego balsamu nawilżającego usta.  Sprawdza się u mnie świetnie zarówno zimą, wiosną jak i teraz latem. Szczególnie, że waniliowy Carmex ma filtr SPF 15, więc dodatkowo chroni nasze usta nie tylko przed wiatrem i mrozem, ale także przed promieniami słonecznymi.

Osobiście nie mam dużego problemu z suchymi, popękanymi ustami. Oczywiście szczególnie kiedy jest zimno zdarza się, że skóra na ustach jest przesuszona i wtedy Carmex jest niezawodny. Momentalnie koi i goi, sprawia, że usta od razu wyglądają i czują się lepiej. Natomiast usta mojej córki szczególnie właśnie zimą były w opłakanym stanie, suche, spierzchnięte i popękane. Praktycznie nic jej nie pomagało, a usta pękały aż do krwi. Żadne używane przez nas pomadki ochronne nie dawały sobie rady. Dopiero Carmex pomógł w widoczny sposób, skóra zagoiła się, usta były ukojone i przestały pękać, a męczyłyśmy się naprawdę długo. Teraz jeśli tylko, któraś z nas ma problem z ustami, od razu sięgamy po Carmex.

Opakowanie 4, 25g. Cena zwykle ok 10 zł, ale w trakcie promocji można kupić taniej.


Ciekawa jestem jaka pomadka ochronna Wam najbardziej pomaga? A może też lubicie pomadki Carmex?



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...